Zaid: Magiczny Chłopiec - Czyli z serii KraszuR pisze
Znaleźć będziecie mogli tutaj moje "wypociny", a dokładniej wszystko co siedzi w mojej głowie i zostało przelane na kartkę ^^ Całe opowiadanie nazwałem "Zaid: Magiczny Chłopiec" i dodawać będę je (mam nadzieję regularnie), co jakiś czas, jednakże wszystko zależy od weny. Zapraszam do czytania :3
Początek
Wybuchło jasne światło, a po chwili znalazłem się w powietrzu. Możliwe, iż była to wysokość siedmiu, może ośmiu metrów. Jakaś siła trzymała mnie przez pewien krótki moment. Zdawało mi się, że mogę latać, jednakże było to tylko złudzenie. Zacząłem spadać. Z dużym impetem gruchnąłem o ziemię, która okazała się być bardzo twarda, mimo pięknie wyglądającej puchowej kołdry tworzonej przez trawę. Spróbowałem wstać, natychmiastowo poczułem mocny ból w okolicy mostka i osunąłem się na ziemię. Zemdlałem.
Nie wiem, jak długo znajdowałem się w tym stanie, ale gdy odzyskałem świadomość, nie czułem już bólu. Głowę opartą miałem na czymś, co przypominało poduszkę, leżąc na prowizorycznym drewnianym łóżku. Dookoła panował mrok oraz czuć było zapach parzonej herbaty. W oddali przy kominku dostrzec dało się ciemną, smukłą sylwetkę. Podniosłem głowę, by móc przyjrzeć się jej dokładniej, w tym samym momencie sylwetka widniejąca w promieniach padającego światła zamieniła się w postać rosłego mężczyzny i stawała się coraz większa.
– W końcu się ocknąłeś – powiedział, podając mi dzbaneczek z herbatą.
– Co się stało, gdzie jestem, dlaczego nie czuję już bólu?
– Na które pytanie mam odpowiedzieć najpierw?
Przez moje myśli przefrunęła niezliczona ilość pytań. Gdzie jestem, skąd się tu wziąłem, dlaczego ten człowiek mi pomógł i kim on w ogóle jest. Tak wiele kwestii, na które wciąż nie znałem odpowiedzi. Musiałem zastanowić się, którą z tajemnic chciałbym rozszyfrować jako pierwszą.
– Nazywam się Virden – powiedział, uśmiechając się.
– Widzę, iż jesteś trochę zakłopotany, dlatego odpowiem na twoje pytania w kolejności, w której je zadałeś, a ty zastanów się, czy chcesz wiedzieć coś więcej.
Przez chwilę nie zwracałem na niego uwagi, gdyż ciągle myślałem o tym, dlaczego tu jestem. Możliwe, że gdyby Virden nie zaczął, milczelibyśmy tak jeszcze trochę czasu, jednakże w taki sposób przynajmniej dowiedziałem się, jakie imię posiada człowiek, który mi pomógł, i zyskałem trochę więcej czasu na zastanowienie się.
– W takim razie – zaczął – pamiętasz jak się tutaj pojawiłeś?
– Pamiętam jedynie światło, upadek i ból. Nie wiem, dlaczego tutaj jestem, ani skąd się tutaj wziąłem. Nie
pamiętam nic sprzed tego zdarzenia… W mojej głowie roiło się od strzępków wspomnień, nie udało mi się jednak wydobyć z nich nic, co pomogłoby mi zrozumieć choć trochę tę sytuację.
– Cholibka, widzę, że nie dowiem się od ciebie nic na ten temat. Ciekaw byłem bowiem, jakim cudem dzieciak mógł pojawić się w świetle przed moim domem. No nic, wracając do twoich pytań, gdzie ja to skończyłem, a tak „gdzie jesteś”. Jesteś w moim domu – zaśmiał się – a dokładniej w południowym krańcu Puszczy Teneber. Nie jest to najspokojniejsza okolica, ale łatwo tutaj o zarobek i zwierzynę upolować. Co do ostatniego pytania, to może i nie wyglądam, ale znam się trochę na medycynie, trzeba w końcu jakoś o siebie zadbać w tej dziczy. Na resztę twoich pytań odpowiem później, musisz odpocząć i nie zapomnij wypić herbaty. – Uśmiechnął się, po czym wstał.
Gdy ocknąłem się następnego ranka, w izbie było już jasno. Dopiero teraz spostrzec mogłem, gdzie dokładnie jestem. Dookoła na ścianach widać było trofea myśliwskie, drzwi zasłonięte były materiałem przypominającym skórę wilka, a w kominku tliło się jeszcze drewno. Podniosłem się. Prowizoryczne łóżko Virdena okazało się być bardziej wygodne, niż wskazywałby na to jego wygląd. Obok niego leżały świeże ubrania, które najprawdopodobniej zostały przygotowane dla mnie. Szybko ubrałem się i wybiegłem przed dom. Była to niewielka drewniana chatka, do której przez małe okienka desperacko próbowały dostać się promienie słońca. Znajdowaliśmy się w lesie, nie był on jednak zwykły, czuć było bowiem w nim pewną grozę, jakby drzewa oglądały się za tobą i komentowały twój wygląd między sobą.
– Widzę, że wydobrzałeś. To dobrze, gdyż właśnie miałem przygotowywać śniadanie.
– Virden stał na ganku. Teraz gdy światło padało na jego twarz, mogłem dokładniej przyjrzeć się jego osobie. Był to rosły mężczyzna o bujnej czuprynie i czarnej brodzie. Ubrany w długi, skórzany płaszcz, skórzane kozaki sięgające aż do kolan, zieloną koszulę wykonaną z dziwnie odbijającego promienie materiału oraz brązowe spodnie. Na lewym oku założoną miał przepaskę, która prawie całkowicie zasłaniała bliznę przechodzącą przez środek powieki i stykającą się niemal z ustami. W ręku trzymał duży kawał mięsa, który starannie obtaczał w przyprawach rozsypanych na drewnianym stole.
– Porozmawialiśmy już trochę, a ja nadal nie znam twojego imienia. Przypomniałeś sobie choć tyle? – zapytał nie przerywając wcześniejszej czynności.
– Zaid. Nazywam się Zaid.
– To dobre imię – powiedział, spoglądając na mnie. – Ile ty właściwie masz lat?
– Siedemnaście.
Virden mocnym uderzeniem odrąbał kawał mięsa i przesunął go na koniec stołu.
– Siedemnaście, mówisz… no nic. Jeżeli chcesz jeść, a mniemam, iż jesteś dość głodny po mojej kuracji, idź i rozpal ognisko. – Wskazał specjalnie wyznaczone do tego miejsce – Zrobimy sobie małą ucztę zapoznawczą. – Zaśmiał się.
Podszedłem do miejsca, o którym mówił mężczyzna. Wszystko było już przygotowane, dlatego nie miałem najmniejszego problemu z rozpaleniem ognia. Usiadłem obok ogniska, a lekki wietrzyk przesuwał ciepłe powietrze w moją stronę. Virden zobaczywszy, iż ogień rozpalił się na dobre, podszedł z wcześniej przygotowanymi kawałkami mięsa, włożył je do niewielkiego garnuszka, dolewając trochę wody oraz dodając ziół, i postawił nad ogniem. Siedzieliśmy w milczeniu jakiś czas, a im dłużej to trwało, tym bardziej dookoła pachniało duszonym mięsem.
– Dlaczego mi pomogłeś? Nawet mnie nie znasz.
– A czy trzeba znać osobę, aby udzielić jej wsparcia? Byłeś w potrzebie, ja byłem zdolny trochę cię wspomóc.
– Nie podziękowałem ci jeszcze za to… Dziękuję.
– Ależ nie musisz. Zrobiłem to z własnej woli, dawno nie miałem do kogo otworzyć gęby – uśmiechnął się ciepło.
Mięso dochodziło już do stanu, w którym nadawało się do spożycia. Zauważywszy to Virden, szybko podał mi miskę z moją porcją. Mimo niezbyt ciekawego wyglądu mięso okazało się być znośnym, a przyprawy dodały mu wyrazistości.
– Powiedz mi, pamiętasz skąd jesteś? Wiesz, dokąd mógłbyś wrócić?
– Obawiam się, że nie. – Moje obawy były całkowicie uzasadnione.
– Rozumiem… W takim razie nie mam innego wyjścia, będziesz musiał zostać tutaj, jednakże nic za darmo.
Zaopiekuję się tobą do czasu, gdy wróci ci pamięć, ale będziesz musiał pomóc mi w pracy i polowaniach. Nie spodziewałem się takich słów po nowo poznanej osobie, jednakże sprawiły, iż z mego serca spadł wielki głaz. Co zrobiłbym, gdybym musiał opuścić to miejsce? Bez domu, bez pieniędzy oraz jakiejkolwiek wiedzy na temat szermierki nie potrafiłbym się obronić ani zdobyć pożywienia. Zapewne zginąłbym kilkadziesiąt metrów od chaty, zaatakowany przez dzikie zwierzę bądź bandytów. Nie chciałem błąkać się sam po lesie i całe szczęście nie musiałem.
Polowanie II
Mijały dni, tygodnie, mimo to moja przeszłość nadal stanowiła wielką tajemnicę. Pamięć, którą straciłem, gdy pojawiłem się w Puszczy Teneber jakby nie chciała do mnie wrócić. Często zastanawiałem się skąd pochodzę, kim była moja rodzina, jednakże nie mogłem sobie niczego przypomnieć. Nie sprawiało to, iż czułem się samotny, czy przygnębiony, ponieważ Virden traktował mnie jak swojego syna, co spowodowało, iż bardzo szybko się do siebie zbliżyliśmy. Dniami, gdy nie wyruszaliśmy na polowania uczył mnie jak posługiwać się bronią, głównie mieczem oraz łukiem, jednakże czasem pokazywał mi jak korzystać ze sztyletów, czy kuszy. Wieczorami zaś opowiadał historie o smokach, elfach i innych mitycznych stworzeniach. Uwielbiałem słuchać jego opowieści, które zdawały się być bardzo realne, bowiem Virden opowiadał je w taki sposób, tak szczegółowo jakby sam w nich uczestniczył. Tego dnia nie było inaczej, jak co dzień wstałem gotowy i żądny nowych przygód. Virden przygotowywał już śniadanie, więc ubrałem się szybko i podszedłem, aby mu pomóc. Na dworze panował jeszcze mrok, słychać było krople deszczu uderzające o dach chatki. Zapowiadał się pochmurny dzień, nie był to dobry znak zwłaszcza, że dziś mieliśmy wybrać się nad jezioro Nigrum, gdzie znaleźć można wiele dużych i niebezpiecznych gatunków zwierząt, kilka z nich zapewniłoby nam dość mięsa, aby zaprzestać polowań na jakiś czas. Posiłek zjedliśmy w ciszy, jakby żaden z nas nie chciał odezwać się pierwszy. Nic dziwnego, pogoda z minuty na minutę stawała się coraz gorsza, a do przebycia mieliśmy sporą drogę. Zbliżała się zima, nasza spiżarnia była prawie pusta, dlatego musieliśmy wyruszyć dziś bez względu na to jakie panowały warunki atmosferyczne. Nie wiadomo kiedy przyjdą pierwsze mrozy i spadnie śnieg.
– Czas ruszać – powiedział Virden, wstając.
Siedząc jeszcze chwilę przy stole rzuciłem szybkie spojrzenie na torbę, aby upewnić się, że wszystkie potrzebne rzeczy zostały zabrane, po czym podniosłem się, zabrałem torbę, miecz oraz łuk i wyszedłem z izby. Pogoda była okropna, a ciemne chmury nie zapowiadały poprawy. Zwykle suchy teren wokół domku teraz przypominał mroczne i groźne bagna, na środku których stoi stary drewniany nawiedzony dom. Rozmyślając nad wyglądem chatki zauważyłem, że virden przyprowadził już konie, pospiesznie wskoczyłem na grzbiet jednego z nich, a następnie przyczepiłem do siodła pochwę miecza. Spojrzałem na Virdena, skinięciem głowy dałem mu znak, iż jestem gotowy do drogi. Ruszyliśmy.
Padało coraz mocniej, ścieżki zamieniły się w małe błotne strumyki, które powolnie płynęły aż znajdowały miejsce, w którym mogły gromadzić się i tworzyć spore kałuże. Dookoła nie było widać żadnych zwierząt. Większość z nich zapewne schowała się w swoich norkach starając się przeczekać ulewę, zazdrościłem im. Sam chciałem wtedy siedzieć przy ciepłym kominku, popijając herbatę i słuchając kolejnej opowieści Virdena. Tymczasem jechałem przez mokry, ciemny las do miejsca, w którym roiło się od niebezpiecznych stworów. To pierwsze tak poważne polowanie od kiedy pojawiłem się tutaj, nie wiem czy byłem na to gotowy, dlatego cieszyłem się, że staruszek pojechał ze mną. Podczas jazdy panowała prawie całkowita cisza, zakłócał ją jedynie szum deszczu, odgłos kopyt wbijających się w miękkie podłoże oraz od czasu, do czasu słychać było pohukiwanie sowy.
– Jesteśmy – powiedział, po czym zatrzymał swojego konia.
Rozejrzałem się, aby zobaczyć co to za miejsce. Znajdowaliśmy się nad jeziorem o ciemnym kolorze, którego szerokość wynosiła zapewne kilka kilometrów, ponieważ drugi brzeg był prawie całkowicie niewidoczny. Woda wpływała do niego przez wysoki wodospad, obok którego znajdowało się wejście do jaskini. To był nasz cel.
– Trzymaj się blisko mnie, od teraz może zrobić się niebezpiecznie – powiedział, a następnie ruszył w kierunku jaskini.
Virden opowiadał mi o najróżniejszych stworach mieszkających w Teneber. Jego wiedza zaczynała się na postaciach tak małych jak chochliki, a kończyła na trollach wielkości dużych drzew. Ciekawe, co przyjdzie nam spotkać w tej jaskini i czy moje świeżo nabyte umiejętności okażą się wystarczające.
![[Obrazek: oe6WuyS.png]](https://i.imgur.com/oe6WuyS.png)
https://crashykk.itch.io/dunsas-prophecy
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07-01-14 21:41 przez Crashykk.)
|